środa, 02 kwietnia 2008
...
ponieważ nieudolne próby wskrzeszenia po raz kolejny bloga do życia spełzają na niczym, czas na ewakuację.


jestem jednostką aspołeczną ostatnio, wiec wybaczcie.

miło bylo. ale to se ne wrati, czy jakoś tak.


czwartek, 20 marca 2008
masz babo babę...
...przynajmniej teoretycznie. będzie królewienka.

"proszę pani, czy chce pani znać płeć dzidziusia?"
ofkors, jasne, chcę, bardzo pragnę....
"no więc na 97 % będzie dziewczynka"
acha.
nie popłakałam się ze wzruszenia. z rozczarowania też nie. po prostu - przyjęłam do wiadomości.

dopiero w domu zdałam sobie sprawę z tego, że nie mogę mówic już do brzucha per Michaś ;)
...przynajmniej na razie.

małż się cieszy. będzie miał dwie królewienki. no. i dwie pary butów na zakupach i dwie torebki i dwa tusze do rzęs i takie tam.... ale o tym chyba jeszcze nie myśli :))

to na tyle.

świętujcie sobie :)

poniedziałek, 10 marca 2008
o masz.......
..........ani się dobrze nie obejrzałam, a tu już marzec. czas leci jak opętany, nie wiem czy to tylko mnie, bo nie pracuję, czy wszystkim. poniedziałek, za chwilę piatek. zapierdziela jak oszalały. wiosna za pasem, a ja w przysłowiowej wiadomo czym....
wprost proporcjonalnie do upływu czasu rośnie mi obwód. brzucha ofkors.... bo nie portfela. i tak stan na miniony piątek wynosi 100. centymetrów zresztą. konkluzja? grubam. i coraz grubsza też.
ale to jest wszystko pikuś. mamy łózeczko. i trochę innych pierdółek dla Fasolka. a do tego wszystkiego mam plan na remont sypialni. a plan jak wiadomo to połowa sukcesu. mówią przynajmniej. i tak mi się marzy tyle rzeczy pozmieniać.... szkopuł w tym, że sama nic nie przestawię, bo mi nie wolno, a monsz ciągle pracuje :( więc siedzę i zmieniam koncepcje...
poza tym - dziecię nasze kopie. szkoda, że tylko mój brzuch od środka, a nie małża - bo w końcu on współwinny. w piątek nas czeka usg i mam cicha nadzieję, że Fasol pokaże czy jest onym czy oną. doniosę.

a teraz lecę. wybierać kolor ścian - wersja 3564.
i wzór poscieli - wersja 247

swoją drogą - dzięki, że ktoś wymyslił allegro.

acha! sezon na żurek i ogórki chwilowo zakończony. teraz lody. i bita śmietana mniammmmm.
poniedziałek, 18 lutego 2008
z dolnej półki
no bo tak: Fasol rośnie. i w związku z faktem, iż rośnie w moim wewnętrzu, to rosnę i ja. coraz bardziej. a że z uwielbieniem dla oglądania własnego ciała nigdy nie byłam na bakier, to patrzę na się. na swoje odbicie w lustrze. i co? i cały czas mnie się wydawało - znaczy ja byłam przekonana o tymże fakcie, ale okazało się, że mi się tylko wydawało - że rośnie mi tylko brzuch. no i cycki, ale to mi akurat przestało przeszkadzać. aż tu nagle w piątek pytam męża, czy przytyłam.
- no - patrząć w telewizor, odpowiedział małżon.
sopytałam więc, czy aby na pewno nie widzi, że mi rośnie tylko brzuch, a nóżki, tyłeczek i wszystko inne jest jakie było. oderwał się więc od tego tv, popatrzył (raczej krytycznie) i mówi:
- no. ale nie tylko brzuch.
aaaaaaa!!!!!!!!!!! pytam:
- a co, nogi?
- też - ze stoickim spokojem, wracając do oglądania tv.
na to ja, z mniej stoickim i mniej spokojem:
- to znaczy co? że gruba jestem?
- no - bez podnoszenia wzroku na mnie.

więc się sfochałam, se wzięłam z szafy moją seksowną koszulkę nocną przezroczystą-całkiem i poszłam się oglądać do łazienki. z nadzieją, że w koszulce nie będzie widać......

no i co? no i nic, poza tym, że mąż ma rację. bo zgrubłam jakoś. więc od poniedziałku wyciągnę z dolnej półki dres i się nie ponawiam prób wciągania na się spodni sprzed ciąży. coby się bardziej nie wikłać w analizowanie swojej dosłownej wielkości ;)
 
a co tam, w końcu Fasol musi rosnąć.
czwartek, 14 lutego 2008
:)

udzieliło mi się chyba. to słodkoserduszkowczerwonolandrynkowe szaleństwo. no.

a wszystko przez małża. rano się zerwał jako ta ptaszyna do lotu, co z cudem graniczy prawie, bo zazwyczaj budzik powoduje u niego nakrycie głowy kołdrą, tudzież przełożenie na drugi bok... się zerwał i pobiegł.

w biegu rzucił: chcesz coś z kiosku? bo idę po fajki.

no i to magiczne zdanie wyjaśniło wszystko. fajki są ważne przecież. a jak ich nie ma rano, to tym bardziej urastają do rangi najważniejszych problemów współczesnego świata. kto pali, ten wie.

no i nie było go jakies 15 minut, co wydawało mi się dziwne, bo kiosk z fajkami jest, jak to się mówi, tuż za rogiem. w końcu wrócił z bukietem kfiatkooof i czerwonym, sercowym balonikiem. nadmuchanym, żeby nie było...

i mówi: Walentyno moja....

no. to mi się tak miło zrobiło, bo jakby nie patrzeć po ślubie to już wiecie ;)

niby nie trzeba walentynek, żeby stać nas było na takie gesty... ale prawda jest taka, że jak się codziennie goni, to uprzyjemnianie komuś życia w taki sposób jest tak gdzieś obok, niestety.

a tak? przyjemnie mi bardzo. mój Walenty :))

taaa.... a Fasol coś mało ruchliwy. chyba ma gen leniuchowania po mnie i cały dzień śpi. czasem tylko jakoś mocniej nogą wywija, tak, że mogę poczuć. dziwaczne zjawisko, nawiasem mówiąc :)

no dobra. to się walentynkujcie, jeśli macie ochotę. i żeby Wam ciepluśko bardzo było dziś, bo front chlodny się pojawił.

wiem, bo oglądam dzień dobry tvn. a telewizja, wbrew powszechnemu przekonaniu, nie zawsze kłamie ;)

piątek, 08 lutego 2008
piątkowo
byłam wczoraj w pracy. pierwszy raz od dłuższego czasu. i naszła mnie myśl następująca:

nie tęsknię.

chyba mi było trzeba tego niemyślenia o niej. odpoczynku. czasu przeciekającego między palcami. i takich tam.

no.

a poza tym - nie mam chwilowo auta, więc jechałam autobusem. i przede mną siedziało dwóch panów po czterdziestce. pewnie do pracy, tak jak ja. nieważne. kiedy wchodziłam do autobusu, miałam wrażenie, że mnie pogryzie jeden z nich. taki miał wyraz twarzy, że strach się bać. naburmuszony, wzrok mówiący: jak mnie to wszystko wqrwia i inne takie. no i usiadłam za nimi, więc chcąc nie chcąc - słyszałam ich rozmowy przez całą drogę. raczej chcąc - bo szczerze powiem, ciekawa byłam jakim jadem będzie pluć ów podróżny. i zonk! robiłam coraz większe oczy, coraz bardziej mnie zdziwienie wciskało w niewygodne siedzenie. bo.... pan ów opowiadał sąsiadowi o swoich znajomych, którzy chyba byli również znajomymi tego drugiego. o tym, jak im się żyje, co robią, ile mają dzieci i inne takie. ale sposób, w jaki to robił zupełnie nie współgrał z wyrazem jego twarzy, który zapamiętałam. otóż wyglądało to mniej więcej tak:
"a tego Janka pamiętasz? Ty wiesz, proszę ja Ciebie, że on wybudował dom na tym nowym osiedlu? no, i ta jego firma świetnie sobie radzi. dzieciaki na studiach. no, proszę ja Ciebie super. ale on dobry facet jest, należy mu się dobrze życie."
"a tego Irka pamiętasz? co z nim w ławce siedział? on wyjechał do Niemiec, parę lat popracował i kasę zainwestował. ułożyło mu iśe dobrze. i tak powinno być - zawsze był bystry"
"a ten Tadek, od Janki brat, to będzie ślubował, wiesz? stary kawaler, 49 lat i w czerwcu ślub. fajna ta jego, całkiem w szyku kobitka, proszę ja ciebie, i gospodarna i nie takie fiu-bździu. wreszcie mu się ułożyło, on taki dobry człowiek"

i tak przez calą drogę. o każdym, o kim opowiadał, nie powiedział złego słowa. no i mnie naszły dwie refleksje: że go oceniłam po pozorach - to po pierwsze. a po drugie - że fajnie mieć takich znajomych, co to potrafią tak pozytywnie. zwłaszcza w kontekście wszechogarniającej na prowincji maniery: "ty, a wiesz, że ten kupił to? w dupie mu się poprzewracało, za dużo kasy, ciekawe z czego, pewnie nielegalnie" itd....

no prawda, że miło? mnie było bardzo. aż się uśmiechałam sama do siebie, kiedy już wysiadłam. szacuneczek dla pana w granatowej czapce :)

no, a teraz wracam do czynności prozy życia. znaczy pranie zrobię ;)
czwartek, 07 lutego 2008
:)
jakos mi tak weselej ostatnio. czego widocznym efektem jest zmiana kolorów.

no. a że licznik od malucha się nie mieści, to go przetransportuję tutaj ;)





15:46, zielonoruda
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 stycznia 2008
jak pięknie dziś wyglądasz...
to będzie kolejny wpis z gatunku popieprzonych i "oesooo jak mi niedobrze", więc jakby kto szukał pozytywnego spojrzenia na rzeczywistośc - to sorry, we're close.

bo tak: po pierwsze już mi dwa pozytywne wpisy zeżarło. rzadko mi się ostatnio radosny nastrój przytrafia, więc jak już się pojawił to go chciałam wykorzystać i coś tu naskrobać. żebym później, czytając za kilka lat, nie myślała - jak to strasznie w tej ciąży było. ale kurna nie - bo się mi blox zbiesił i tyle było ze skowronków i landrynków i miodu.

po drugie zaś nadal mi niedobrze. mdłości mnie doprowadzają do szału, bo zabierają mi całą energię do zrobienia czegokolwiek. za durne pranie(czyli pozbieranie ciuchów z podłogi, wrzucenie do pralki, nasypanie proszku i nalanie płynu do płukania oraz po godzinie wyciągnięcie z pralki i rozwieszenie tegoż na suszarce) zbierałam się trzy dni. do tego ciągle mnie muli, nie muli mnie tylko wtedy kiedy jem. a jeśli miałabym jeść wciąż - no to wiecie. dżizas. i nic więcej.

po trzecie do niezapomnianych wrażeń, jakie zapewnia mi "stan błogosławiony", dochodzą wielkie piersi - które na szczęście już nie bolą, coraz większy brzuch i rozstępy - których właśnie teraz, kiedy jeszcze jestem się w stanie obejrzeć, zapragnęły mi się pokazać. super. czuję się: gruba, brzydka, nieatrakcyjna, i z tego wszystkiego - prawie wciąż wkurzona.

po czwarte - jak mnie ktoś spotyka to mówi: jak pięknie wyglądasz. a ja se wtedy myślę - ale nieszczerość... albo: wada wzroku. albo inne takie. no bo sorry, ale mam lustra w domu. dobra - brzuszek mi się tez podoba, ale te hormony co to mi na twarzy powyskakiwały, i te sińce pod oczami od ciągłego niedospania to do objawów szczytowej formy nie należy... nie mojej przynajmniej....

tak więc wiecie - PMS to jest naprawdę pikuś.

minęło mi wszystko jak popatrzyłam na Fasolka na monitorku u pana ciążologa. jak sobie fikał małymi nóżkami, machał maleńką rączką przy wielkiej głowie i jak słychać było w całym gabinecie pikanie jego maleńkiego serduszka.... taki słodziak, a taki terrorysta.
no ale wróciło po kilku dniach niestety....


eeech... wszyscy mówią: minie. jeszcze trochę.
nosz kurna ja to wiem! ale przecież nie poprawia mi to nastroju. dla dobra Fasola siedzę w domu, dużo odpoczywam i się nie denerwuje. staram się znaczy. tylko, że często mi niewychodzi. i tak w kółko.

więc jak mi ktoś mówi, że ciąża to piękny okres w życiu kobiety... to wiecie... noż mi się w kieszeni otwiera, choć go tam wcale nie noszę....


dziękuję za uwagę.


acha. chciałabym publicznie podziękować memu mężu, iż się jeszcze ze mną nie rozwiodł. i że mi smaruje plecy. i ten... pójdę już.

wtorek, 11 grudnia 2007
furgonetka

No więc jestem. Napisałam to jakby na wszelki wypadek ktoś pomyślał, że mnie ta nowina usunęła z bloxa.

Otóż nie.

Dociera do mnie powoli świadomość odstąpienia brzucha do mieszkania Fasolowi. Wszelkie objawy wskazują na to, iż ów tam mieszka. A najbardziej widoczne jest w obwodzie brzucha…. Jak tak dalej pójdzie, pod koniec ciąży nie zobaczę już swoich stóp nawet pojedynczo, w momencie tzw. wykroku…. No słowo daję, wierzyć się nie chce, ale wyglądam na jakiś piąty miesiąc…. Tak sobie wydedukowałam, bo koleżanka w pracy jest w szóstym i ma brzuch naprawdę niewiele większy od mojego. Taka mała ciężarówka jestem… furgonetka powiedzmy.

Z innych objawów zarejestrowałam mdłości. Ładna nazwa jak na takie cholerstwo. Żyć się z tym da, bez obaw, a jednak wolę bez.

Monsz mój osobisty kochany jest dla mnie, bo ja na jego miejscu, przy takim marudzeniu jak moje, przy takiej chwiejności nastrojów, zarządziłabym eksmisję moją, tudzież ciężką awanturę przynajmniej… Twardziel ;)

No… i życie płynie. Fasol (który za tydzień z okładem może się okazać dwoma fasolami) rośnie nieświadomy tego, ile osób tutaj o nim myśli i snuje plany….

 

A te małe skarpetuszki, co to je dostałam od Mamy Halinki, to normalnie są niesamowite. I pomyśleć, że za czas jakiś takie małe stópki, paluszki, nosek i oczka będą na porządku dziennym… Ech, życie…

 

I wiecie, jakoś w tym roku te święta mnie zdecydowanie bardziej cieszą J

czwartek, 15 listopada 2007
fasolek
ykhm....

przybyłam zakomunikować, iż spodziewamy się z menszem moim potomka....tudzież potomki....

ciągle bym spała.
bolą mnie cycki.
zaczynam mieć ciasno w spodniach.
i wcinam śledzie na potęgę, choć tak w rzeczywistości ich nie znoszę.

w brzuchu mam fasolka....

się porobiło. będę mamuśka :D

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13